ZERWANIE
ŚCIĘGNA ACHILLESA (styczeń 2005)
Koszmar
kontuzji. Przez długie lata przytrafiały się innym. Sam podczas
gry w kosza wysłałem kilku znajomych do szpitala wychodząc ze
wszystkich starć na boisku bez szwanku. Zrobienie tysięcy kilometrów
podczas wypraw rowerowych nie kosztowało mnie nigdy więcej niż
kilka otarć naskórka. Podczas kilkunastu lat chodzenia po górach poza
drobnymi urazami nigdy nic mi się nie przytrafiło. Powoli
zaczynałem wierzyć, że tak będzie zawsze...
Otrzymałem piłkę na
linii rzutów za 3 punkty, po małym zwodzie ruszyłem na kosz z
piłką omijając w biegu przeciwnika. Krótko przed wybiciem
zrobiłem jeszcze jakiś „inny” ruch w celu ominięcia przeciwnika
i... nagle jakby mi ktoś nadepnął z tyłu z całej
siły na łydkę. Runąłem na podłogę.
Czując lekki ból chciałem wstać, ale jakoś dziwnie nie
czułem prawej stopy. Gdy stanąłem na dwóch nogach miałem
wrażenie, że runę do przodu. Pokuśtykałem do szatni.
Tego wieczoru na pogotowiu diagnoza była oczywista – zerwanie
ścięgna achillesa. Ładnie zacząłem nowy rok. Był
12 styczeń 2005.
Następnego dnia rano
stawiłem się w szpitalu na, jak mi się wydawało, prosty
zabieg. Pielęgniarka wskazując mi moje łóżko pozbawiła
mnie złudzeń. Seria badań, po południu kroplówki, zastrzyk
w dupsko i odjazd na sale operacyjną. Jeden z niestrajkujących w
tamtej chwili anestezjologów zrobił mi zastrzyk w kręgosłup.
Zasnąłem.
„No, pobudka!” obudził mnie
głos jakiegoś pana w białym fartuszku. Kazali mi się
odwrócić na plecy, co o dziwo przyszło mi z trudem. Podniosłem
głowę i zbaraniałem. Cała noga od stopy do uda była
grubo opakowana w gips i bandaże. W godzinę „przytyłem” chyba z
10 kg.
Tydzień 1 (styczeń):
Jeszcze w szpitalu zaczęły się ćwiczenia –
podnoszenie ważącej tonę gipsowej nogi do kąta 45-ciu stopniu
po kilkanaście razy kilka razy dziennie. Gdyby nie dbająca o mnie
żona chyba skonałbym z głodu. Przynajmniej wiem, na co idą
moje podatki, wystarcza ich tylko na owsiankę i suchą pajdę
chleba. Kawa zbożowa obleci. Ze szpitala wyszedłem, a
właściwie wykulałem się, po tygodniu. Spróbujcie
wejść do samochodu nie zginając nogi podpierając się
na cholernych kulach. Również wejście do domu po schodach na trzecie
piętro o kulach, gdy nie możesz zginać nogi jest dość
ciekawym przeżyciem. Mimo wszystko nie polecam.

Tydzień 2-4 (styczeń, luty):
Cały czas ciężko
ćwiczyłem podnosząc gipsową nogę na różne strony,
aby zapobiec zanikom mięśni, szczególnie czworogłowego uda.
Łydkę skazałem z góry na pożarcie. Lekarz prowadzący,
u którego zmieniałem opatrunki, odradził mi założenie
płatnego lekkiego gipsu. Ponoć po czterech tygodniach skrócą mi
gips do kolana, tak abym mógł zginać nogę. Jeeee... po czterech tygodniach. Prawdziwym problemem
stała się jednak odleżyna pięty, na której podczas
leżenia opierała się cała noga. Zrobiła się
najpierw czerwona, potem brązowa a pod skórą zbierał się
jakiś ciemny płyn. Ból był potworny, nieprzespane noce, a te
wszystkie reklamy o skutecznych środkach przeciwbólowych można
między bajki włożyć. Od czasu do czasu, aby ulżyć
sobie, odwijałem gips i „podziwiałem” swoje 15 rzeźnickie
szwy na mojej łydce a prawdziwą ulgą była delikatna
kąpiel stopy i pięty, oczywiście bez zamaczania rany. Przez
okres kilku tygodni robiłem sobie też zastrzyki przeciwzakrzepowe w
brzuch. W sumie nic szczególnego. Stopa i łydka również spuchła,
no, ale brak krążenia robił swoje.
Tydzień 5 (luty):
Po wizycie u lekarza skrócono mi gips do połowy. Co
za ulga. Nadal często ćwiczyłem, jednak od czwartego tygodnia
zanik mięsni mojego ukochanego czworogłowego był coraz bardziej
widoczny. Na pociechę od chodzenia o kulach urosły trochę
wątłe wcześniej ramiona. Pożerałem książki,
dosłownie. Jedna na śniadanie, potem w obiad trochę
ciężkostrawnej klasyki, wieczorkiem kilka lekkich opowiadań.
Przed brakiem świeżych książek ratowali mnie też
znajomi, żona, kurier z Merlina i znajomi z pracy. Rodzina też nie
miała problemu, co kupić mi na moje urodziny. O regale nikt jednak
nie pomyślał.
Tydzień 6 (luty):
Po kilku tygodniach czytania o kontuzji
ścięgna achillesa byłem już uświadomiony na tyle, aby
zdawać sobie sprawę, iż po zdjęciu gipsu BARDZO ważna
będzie rehabilitacja. Opowieści osób na stronach www, które tego nie
dopilnowały były wystarczająco pouczające. Problemem w
przypadku zerwania ścięgna achilllesa jest to, iż ścięgno
zszywane jest na zakładkę na dość dużej powierzchni,
co bardzo skraca i pogrubia ścięgno. Potrzeba zatem sporo czasu aby
ścięgno się rozciągnęło (ryzyko kolejnego
zerwania!) oraz aby stało się elastyczne na tyle aby
spełniało swoją funkcję. Lekarz prowadzący
uśmiechną się, gdy zapytałem o rehabilitacje – „Terminy
wolne są na sierpień”. Był luty. Jedynym wyjściem była
płatna rehabilitacja w prywatnym gabinecie. Po rozeznaniu tematu
wśród znajomych ostatecznie zgłosiłem się na początku
6-ego tygodnia do gabinetu rehabilitacji Arka. Zabiegi zaczęliśmy
natychmiast – póki miałem gips miałem pole magnetyczne.
Tydzień 7 (marzec):
Zdjęcie
gipsu nie przyniosło właściwie dużych zmian. Stopa
była nadal napuchnięta i chodziłem w sandałach, gdyż w
nic innego nie mogłem włożyć stopy. Odetchnęła
jednak moja pięta, która już wyraźnie miała wszystkiego
dosyć. Z resztą jej część oddzieliła się od
reszty ciała w ramach protestu. Cały czas chodzenie o kulach,
gdyż obciążenie nogi absolutnie nie wchodziło w grę.
Po zdjęciu gipsu doszedł jeszcze laser, którym leczono moje
odleżyny na pięcie.
Tydzień 8 (marzec):
Pierwszego dnia ósmego tygodnia po operacji zabrał
się za mnie pan Adam. I zaczęło się rozciąganie
ścięgna achillesa. Leżałem na plecach, a on trzymał
moją stopę napierając na nią swoim ciałem. Było
to dość bolesne i strasznie się zestrachałem, iż
koleś mi to ścięgno zerwie. Pan Adam wiedział jednak co
robi. Po 30 minutowym masażu podkurczona stopa zwiększyła swój
zakres ruchu o kilkanaście stopni! Ruszyło też krążenie
w nodze, która momentalnie zrobiła się bardzo ciepła. Na zabiegi
i masaże jeździłem codziennie. Kupiłem sobie podpiętki
i mały ściągacz na kostkę, aby trochę
zabezpieczyć ścięgno, co znacznie ułatwiało chodzenie.
Tydzień 9
(marzec):
Po tygodniu intensywnego masowania ścięgno
było rozciągnięte na tyle, iż mogłem ustawić
stopę prosto na podłodze pod kątem 90 stopni do nogi. Zmieniono
mi też zabiegi na elektrostymulację łydki, aby trochę
wzmocnić sflaczałe od wielotygodniowego bezruchu mięśnie.
Zacząłem też udawać się na dłuższe spacery.
Po drugim tygodniu masażów wspólnie stwierdziliśmy z panem Adamem,
iż coś się dzieje niedobrego. Ścięgno ewidentnie
było przemęczone i zaczęło puchnąć i
twardnieć. Daliśmy sobie trochę luzu, dwa dni lekkich
masaży i miałem zakaz „biegania” po mieście. Po tym czasie
ścięgno odpoczęło i dalej poszło już z górki.
Tydzień 10 (kwiecień):
Na rehabilitację chodziłem przez 6 tygodni. Pod
koniec przyjeżdżałem rowerem i dziarsko wchodziłem do
gabinetu. W kwietniu zjawiłem się po raz ostatni. Rehabilitacja
zakończona. Nadal jednak po dłuższym spacerze, gdy
ścięgno się trochę zmęczyło, zaczynałem
lekko kuśtykać. W chwili euforii spowodowanej faktem, że
chodzę, podbiegłem kilka metrów i... przegiąłem. Przez
tydzień ścięgno było napuchnięte i
kuśtykałem dość wyraźnie. Ostrożność, i
jeszcze raz ostrożność. No, ale od końca tygodnia 10-ego,
czyli ok. 2,5 miesiąca po operacji już mogłem normalnie
funkcjonować: chodzić w butach z zadowalającą
szybkością.
Tydzień 11-19 (kwiecień, maj):
Od operacji minęło już sporo. Trochę
irytujący zaczął się robić brak postępów. Nadal o
bieganiu nie było mowy a ścięgno po dłuższym spacerze
puchło do tego stopnia, iż lekko kuśtykałem. Sporo
śmigałem na rowerze, właściwie dzień w dzień
spore wyrypy, co ewidentnie służyło ścięgnu achillesa
bo robiło się potem takie fajne mięciutkie. Cholera, to już
5-ty miesiąc po operacji.
Tydzień 20 (maj):
Zdecydowałem
się może na trochę nie do końca rozsądny krok, ale
pojechałem w Tatry. Przeszliśmy z kumplami całą grań
od Opalonego przez Miedziane, Szpiglasowy Wierch, Liptowskie Mury i Kotelnice.
Potem powrót przez Krzyżne i Gęsią Szyję. Ścięgno
ostro dostało w dupę, ale zaskoczyło mnie i tak bardzo
pozytywnie!! Mogę jeździć w góry! J Jedynym
zauważalnym ograniczeniem było to, iż nie mogłem
stawać na skale na samych palcach, gdyż sam mięsień
był jeszcze był słaby, aby mnie utrzymać. Skóra, która
utworzyła się na bliźnie jest jednak bardzo delikatna i po
1-szym dniu całkowicie uległa zerwaniu zalewając mi trochę
skarpety krwią, co wyglądało masakrycznie. Nie było jednak
to groźne dla samego ścięgna.
Miesiąc 7-my po operacji (lipiec, sierpień):
Pojechałem z żoną nad morze.
Historie, iż chodzenie po piasku wzdłuż morza pomaga można
między bajki włożyć. Po kilku kilometrach spaceru
zacząłem znowu kuśtykać. Chodzenie na boso w takich
warunkach jest jednak nadal zbyt forsowne. Trochę mnie to zdziwiło,
iż ponad pół roku po operacji nadal odczuwam bóle. Zaniepokojony tym
poszedłem po powrocie do lekarza na USG. Jego słowa uspokoiły mnie
w pełni. Ponoć ścięgno trzyma bardzo mocno i raczej
prędzej zerwę zdrowe ścięgno niż to operowane. Skoro
nie ma ryzyka zerwania to zacząłem biegać. Najpierw
przebiegłem spokojnie truchtem 2km. Tak jak myślałem
ścięgno „się obraziło” i następnego dnia napuchło.
Kolejnego dnia znowu bieganie, trochę dłuższy dystans, i znowu
dzień przerwy na „obrażone ścięgno achillesa”. Po tygodniu
chciałem się sprawdzić i... przebiegłem 15 km... Ledwo się dowlokłem do roweru,
ostry ból w całej łydce i nadwerężony miesięń.
Rwało mnie przez tydzień. O mały włos z własnej
głupoty nabawiłbym się kolejnej kontuzji. Bieganie jednak
zauważalnie wzmacniało mięsień i dystanse, które
wcześniej pokonywałem z lekkim bólem, teraz nie stwarzały
już problemów.
Miesiąc 9-ty po operacji (wrzesień):
Myślałem, że ten rok górsko będzie
stracony. Majowy wypad upewnił mnie, iż nie jest tak źle.
Zapisałem się na kurs skałkowy aby w Skałkach
Rzędkowickich zrobić kilka dróg, w tym kilka V+, oraz jeden przelot
na 6.3+ J Z
nogą nie było żadnych problemów, jak stałem na palcach na
skale ścięgienko trzymało bez zarzutu. Skórę na
bliźnie znowu jednak szlag trafił.
Podsumowanie:
Najgorsza rzecz, jaka może się zdarzyć to
po zdjęciu gipsu „hodowanie” ścięgna. Bez dobrej rehabilitacji
ścięgno przyrośnie do skóry i nawet po roku będziecie mogli
marzyć o normalnym chodzeniu. Za propozycje lekarza, iż prywatna
rehabilitacja nie jest potrzebna i spokojnie ścięgno można sobie
rozciągnąć w wannie walcie go pałą w łeb, bo
pieprzy bzdury. „wypije pan połówkę i na pustej butelce rozrusza pan
sobie ścięgno”. Widziałem gościa, który w rok po operacji
po zerwanym ścięgnie achillesa kuśtykał gorzej niż ja
po 10 tygodniach.
Inna sprawa do niedopuszczenie do kontuzji, no a tutaj
niestety może pomóc tylko dobra rozgrzewka przed wysiłkiem fizycznym.
Łatwo się jednak mówi. Jest to tym bardziej istotne, im człowiek
starszy (zmiany zwyrodnieniowe ścięgna achillesa zaczynają
się już po 25-tym roku życia!). Kontuzji sprzyja niestety
siedząca tryb życia (praca w biurze), gdyż wtedy
ścięgna się z czasem skracają i łatwiej o kontuzje.
Kontuzje tego typu zdarzają się często, gdy po
dłuższej przerwie w treningach wracamy do nich i w krótkim czasie
chcemy intensywnym wysiłkiem fizycznym wrócić do formy.